WIARA W JĘZYKU SUAHILI
O misjach i rzeczywistości krajów misyjnych najczęściej słyszymy od misjonarzy duchownych i świeckich. Do naszej parafii co jakiś czas przybywają księża pracujący w Tanzanii – ostatnio, w styczniu gościliśmy ks. Wojciecha Kościelniaka, który pracuje w Kiabakari. Kilka tygodni temu Redakcja miała okazje spotkać się z ks. Wojciechem i p. Hyasinta Izumba z Tanazani, doktorantką na Uniwersytecie we Fryburgu w Niemczech. Pani Hyasinta jest z zawodu lingwistą i tłumaczem, żoną i mamą dwójki dzieci. Pomagała też ks. Wojciechowi w tłumaczeniu Dzienniczka s. Faustyny na język suahili. Korzystając z okazji zadaliśmy jej kilka pytań.

Kończy Pani pisanie doktoratu we Fryburgu, niebawem ostatnie recenzje i obrona, czy ma Pani jakieś plany po powrocie do Tanzanii?
Muszę wrócić do pracy – jestem wykładowcą na uniwersytecie św. Augustyna w Tanzanii i mam tam swoje zobowiązania. Zobaczymy przyniesie przyszłość – myślę też o zrobieniu post-doktoratu. Ale mam jeszcze inny projekt, który chcę zrealizować.
Jaki czas temu byłam promotorem studentki, która w czasie studiów zaszła w ciążę i zaczęła opuszczać zajęcia. Prawie za każdym razem, kiedy się umawiałyśmy, ona nie przychodziła. Wtedy pomyślałam, że nie jest z nią dobrze. Posypała się emocjonalnie, finansowo i zdrowotnie. Kiedy w końcu udało nam się spotkać, powiedziała, że rzucił ją chłopak – ojciec dziecka (on też studiował na tej uczelni). Tak więc była w ciąży, niestabilna finansowo, było jej naprawdę ciężko, tym bardziej, że bała się o tym wszystkim powiedzieć rodzicom. Po jakimś czasie urodziła dziecko. Trzy dni po porodzie wróciła na uniwersytet…

(za: eahealth.org)
Zapytałam ją: „Masz już dziecko?”. Odpowiedziała: „Tak, mam dziewczynkę”. Na czas zajęć zostawiła dziecko u kobiety sprzedającej na ulicy warzywa i owoce. Ta kobieta schowała dziecko pod stołem. W Tanzanii, przy ulicy jest bardzo głośno i duży kurz, praktycznie non stop jeżdżą motocykle – nazywamy je „boda-boda” -jeden z podstawowych środków transportu. A więc hałas, kurz, to wszystko… i trzydniowe, dziecko pod stołem. Ta studentka karmiła je piersią, a więc musiała co jakiś czas wychodzić zajęć, nakarmić i wracać. Nie była jedyną dziewczyną w takiej sytuacji. Spotykałam matki-studentki proszące przypadkowe kobiety, o pomoc przy dzieciach, żeby one mogły uczestniczyć w wykładach. Wtedy nie byłam jeszcze mężatką, nie miałam dzieci, ale – mój Boże – bardzo mnie to poruszyło. A teraz, jako matka dwójki dzieci, rozumiem, jak jej było ciężko. I nie tylko jej, ale wszystkim tym dziewczynom, które w taki sposób muszą sobie radzić. Wtedy wpadł mi do głowy pomysł otwarcia żłobka na uniwersytecie. Koniecznie chciałam zapewnić tym wszystkim matkom miejsca dla dzieci, by spokojnie mogły się skupić na studiowaniu. Koncepcję miałam, ale nie miałam pieniędzy.
Nasz uniwersytet jest placówką katolicką, należy do biskupów Tanzanii, na terenie uczelni mają trochę przestrzeni do wykorzystania. Postanowiłam więc, że pójdę do biskupa powiem, że chciałam otworzyć żłobek dla dzieci studentek, że nie mam pieniędzy i czy możemy tę przestrzeń wykorzystać. Miałam okazję spotkać się z biskupem osobiście i rozmawialiśmy o tym projekcie. Powiedział, że to świetny pomysł ale że przeprasza, bo też nie ma na to pieniędzy, gdyż organizowanie żłobka nie wchodzi w skład projektów, które zaplanowano na ten rok, a nawet na najbliższą przyszłość. „Dobrze, więc – zapytałam – co zrobimy”? Nasz biskup powiedział, że jeśli uda mi się znaleźć kogoś, kto będzie chciał ten projekt sfinansować i będzie potrzebował rekomendacji od biskupa, to oczywiście dostanę taki dokument.

(biblioteka Uniwersytetu )
Już Pani wie, ile pieniędzy potrzeba?
Tak, wiem. By rozpocząć pierwszy etap potrzebujemy 23 000 euro. To dużo, ale musimy wszystko odnowić, żeby dzieci mogły się tam pomieścić. Planujemy przyjąć co najmniej 30 dzieci; w pierwszej kolejności od naszych matek studentek, matek z całego uniwersytetu. Przyjmiemy też dzieci od lokalnych sprzedawców, którzy pomagają studentom ale mają też swoje dzieci, z którymi muszą pracować. Te dzieci praktycznie mieszkają na ulicy i tym samym przebywają w nieodpowiednim środowisku, między motocyklami, autobusami publicznymi, kurzem, hałasem, pijącymi, palącymi, przesiąkają tym ulicznym językiem, niecenzuralnym. Od najmłodszych lat żyją w takim środowisku. Zabierając je do żłobka, możemy zapewnić im lepsze odżywianie, warunki do nauki i zabawy, ale możemy je również wprowadzić w środowisko religijne, nauczymy je moralności i zorganizujemy lekcje biblijne, śpiew. Chcielibyśmy przyjmować dzieci w wieku od sześciu miesięcy do pięciu lat.
Myślę czasem o tej dziewczynie, o której wspominałam… Modliłam się za nią i dziękuję Bogu za jej decyzje, ponieważ w sytuacji, gdy została odrzucona przez wszystkich, kiedy było jej bardzo trudno – nie dokonała aborcji. Udało jej się też ukończyć studia. Nie mamy kontaktu, nie wiem, gdzie ona teraz jest. Ale to właśnie ona i jej problemy były powodem, moich różnych przemyśleń i pragnienia założenia o żłobka przy uniwersytecie.

(Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Tanzanii)
Brała Pani udział w tłumaczeniu Dzienniczka s. Faustyny na język suahili. To była inicjatywa ks. Wojciecha, jak to się stało żeście się spotkali?
Urodziłam się w Bundzie. To miejsce w regionie Mara, w strefie jezior w Tanzanii, bardzo blisko Kiabakari, czyli miejsca, gdzie posługuje ks. Wojciech. Ks. Wojciech przyjeżdżał czasem do naszej parafii. Pamiętam, jak uczestniczyłam w pierwszej pielgrzymce z ks. Wojtkiem w 2000 roku…i tak się zaczęła nasza znajomość. Ks. Wojciech bardzo dobrze zna suahili, potrafi mówić jak tamtejsi mieszkańcy. W Tanzanii mamy język narodowy – suahili, oraz angielski jako język urzędowy, którego używa się w oficjalnych spotkaniach, oprócz suahili. Angielski jest też językiem akademickim.
Ks. Wojtek mieszka w Tanzanii od wielu lat, a żeby nauczyć się języka potrzeba kontaktu z miejscowymi, potrzeba interakcji. Jemu udało się nawiązać bardzo dobry i bliski kontakt z ludźmi dlatego mówi bardzo dobrze w suahili. Ponadto potrafi też mówić językami niektórych plemion. To co ks. Wojtek zrobił dla Kiabakari, dla diecezji Mousoma i Kościoła katolickiego w Tanzanii, jest… bardzo wyjątkowe. Powiedziałabym po prostu, że taki był plan Boży.
Rozmawiałam nawet z kimś ostatnio i usłyszałam „Wiesz, pomysł przetłumaczenia Dzienniczka św. Faustyny na suahili, to jest coś wyjątkowego”. To ks. Wojtek o tym pomyślał. Ja zrobiłam tłumaczenie, a on pracuje nad redakcją, porównując oryginalną wersję polską i wersję suahili, żeby zobaczyć, czy to jest to samo przesłanie. Rozmawialiśmy z ks. Wojciechem, że słowa w suahili powinny mieć tę samą wagę, co te, w polskim Dzienniczku. To jest bardzo ważne i czasem bardzo trudne, ze względu na inny kontekst kulturowy. Weźmy np. słowa używane w kontekście religijnym. Jeśli przetłumaczymy je z polskiego czy angielskiego dosłownie, to w suahili mogą brzmieć dziwnie. Na przykład trudno jest znaleźć słowa odpowiednio wyrażające miłość. Coś może brzmieć dobrze w języku angielskim, kiedy na przykład siostra Faustyna wyrażała miłość, jaką ma do Jezusa, albo kiedy Jezus mówił siostrze Faustynie, jak bardzo ją kocha. Ale kiedy tłumaczymy to na suahili, zastanawiamy się, jak to ująć, jakie słowo znaleźć. Bo dosłownie to nie oddaje sensu, to po prostu brzmi romantycznie. Były wiec wyzwania. Ale się udało.

Była Pani w Łagiewnikach?
Tak. Pierwszy raz, bo to jest mój pierwszy raz w Polsce. Jestem wdzięczna że się udało. Dziękuję Bogu za ks. Wojtka, za jego powołanie do kapłaństwa, bycia misjonarzem w Tanzanii. Wiem, że są ludzie – tacy jak mój kuzyn, czy osoba, z którą pracuję na Uniwersytecie św. Augustyna w Tanzanii – którzy mówią, że kiedy wjeżdżasz do Kiabakari, czujesz się inaczej. Jesteśmy bardzo wdzięczni, że ks. Wojciech miał pomysł stworzenia Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Tanzanii. On jest – powiedziałbym – apostołem miłosierdzia tu w Tanzanii, jak św. Faustyna w Polsce.

Chcielibyśmy jeszcze zapytać o Pani religijne wrażenia z Polski
Z perspektywy moich czterech dni pobytu w Polsce powiedziałbym, że Polska jest bardzo katolicka, ludzie w kościele są bardzo skupieni, rozmodleni. Myślałam, że Afrykańczycy są bardzo pokorni w kościele, opanowani i cisi, ale – moim zdaniem – Polacy są jeszcze bardziej skupieni. W Afryce jest też różnica między kościołami w Tanzanii a kościołami w Kenii, czy na przykład w Afryce Wschodniej. Msze afrykańskie są „żywe”, ale Msze kenijskie są bardziej żywe w porównaniu z Tanzanią. Jeśli porównałoby się Kenię i Nigerię, to prawdopodobnie Nigeryjczycy okazali by się bardziej „żywi”.
Podoba mi się sposób, w jaki Polacy zachowali chrześcijaństwo, szczególnie katolicyzm. Doceniam to – mówię szczerze. Widać różnicę w podejściu do wiary w porównaniu z innymi krajami. Byłam w niektórych krajach europejskich, Niemczech, Francji, Belgii, Holandii, Włoszech. Jest bardzo duża różnica. Można powiedzieć, że większość ludzi w kościołach na przykład w Rzymie to turyści, w Polsce jest inaczej. W niedzielę przychodzi dużo ludzi, w dni powszednie też. Zachowaliście swoją kulturę, zachowaliście chrześcijaństwo, szczerze wam gratuluję, a my mamy dużo do nauczenia się.

Hyasinta Izumba jest wykładowcą językoznawstwa i języka angielskiego na Wydziale Języków i Językoznawstwa Uniwersytetu św. Augustyna w Tanzanii. Jest tłumaczką Dzienniczka św. Faustyny (Miłosierdzie Boże w mojej duszy) na język suahili. Posiada tytuł magistra językoznawstwa i obecnie odbywa studia doktoranckie z tego zakresu. Lubi czytać, bawić się z dziećmi i pisać opowiadania dla dzieci. Napisała sześć opowiadań dla dzieci (niepublikowanych). Urodziła się 8 września 1989 roku w Bundzie w prowincji Mara w Tanzanii w rodzinie państwa Izumba. Jest najmłodszym z pięciorga dzieci w rodzinie. Jest katoliczką o silnych fundamentach wiary i od sześciu lat służy jako ministrantka w parafii Bunda. Jest żoną Ericka Mosesa i ma dwoje dzieci: Ingrid-Iris Kemfurę i Axela Akizę.


