ul. Sienkiewicza 19 | 30-033 Kraków
tel.:12 631 97 70

Biuletyn na IV niedzielę wielkanocną – Dobrego Pasterza (26 kwietnia)

Kobiety Pana Boga || Listy czytelników || Środy ze św Ignacym

KOBIETY PANA BOGA

W najbliższą środę obchodzimy wspomnienie św. Katarzyny ze Sieny, tej samej, która śmiała upominać samego papieża. Część ówczesnych mieszkańców Sieny uznała ją za świętą, pozostali za heretyczkę. Kto w końcu widział, żeby kobieta upominała papieża? Szczęśliwie inkwizycja, przed która w końcu stanęła Katarzyna, nie dopatrzyła się w jej działaniach żadnej nieprawomyślności, a papież, Grzegorz XI, posłuchał jej słów i wrócił do Rzymu. Katarzyna ze Sieny, zmarła w wieku 33 lat wyczerpana pokutami oraz intensywnością prowadzonego przez siebie życia. To jedna z bardziej znanych kobiet, które Kościół wspomina w roku liturgicznym, ale oczywiście nie jedyna. Jest ich dużo, dużo więcej – jedna bardzo znane, inne znane ze słyszenia, a inne zupełnie tajemnicze.

(Katarzyna ze Sieny, wikipedia)

Dobry Bóg obdarzył nas silną wolą, na której możemy się oprzeć jak na skale, nie może nam jej odebrać ani szatan, ani żadne stworzenie. Tak więc nie powinniśmy być lękliwi, tylko odważni, spokojni i pewni siebie (św. Katarzyna ze Sieny)

Małgorzata Bays

Była połowa XIX w., grudzień. Pewna 35-letnia Szwajcarka modliła się za wstawiennictwem Matki Bożej o cud. Od lat chorowała na raka jelita, bardzo cierpiała. Operacja, którą przeszła, niewiele jej pomogła. Modliła się więc, ale nie tyle o zniknięcie choroby, co o możliwość doznawania takich cierpień i bólu, jak Chrystus na Kalwarii. Mimo iż nie prosiła o uzdrowienie, Maryja – jak była przekonana – wyprosiła jej tę laskę. Więcej – od tej pory w każdy piątek kobieta doświadczała tajemniczych bólów i ekstaz, podczas których przechodziła kolejne etapy Męki Chrystusa. Cud ten miał się wydarzyć 8 grudnia 1854 r. Owa kobieta zapewne nie wiedziała, że w tym samym czasie Papież Pius IX ogłasza trzeci dogmat maryjny, mówiący o Jej niepokalanym poczęciu. 

(Małgorzata Bays, Wikipedia)

Tą uzdrowioną kobietą, mistyczką, była Małgorzata Bays. Urodziła się 8 września 1815 r. w małej szwajcarskiej wiosce i była drugim z siedmiorga dzieci swoich rodziców. Mała Marguerite miała ponoć  naturę kontemplacyjno-refleksyjną, lubiła się modlić  w samotności, a w swoim pokoju zrobiła mały ołtarzyk z Matką Bożą. Codziennie przed wyjściem z domu modliła się za pracę, która ją czeka, za ludzi, których spotka. Była bardzo uzdolnioną uczennicą, a potem studentką… Ciągle jednak szukała  ciszy,  żeby móc rozmawiać z Bogiem i może dlatego bliscy byli pewni, że Małgorzata w końcu wstąpi do zakonu. Stało się jednak inaczej. Ostatecznie, ku zdziwieniu najbliższych, postanowiła żyć w samotności dla Chrystusa. Jej życie coraz bardziej stawało się służbą. Małgorzata codziennie starała się uczestniczyć we mszy św.,  pomagać biednym – nosiła im jedzenie, naprawiała zniszczoną odzież, a że była po kursie krawieckim, to ubrania wyglądały jak nowe. Dzieciom mieszkającym w sąsiedztwie często opowiadała o Panu Bogu.  To oddanie życia ubogim i najbardziej potrzebującym stopniowo  doprowadziła Marguerite do trzeciego zakonu franciszkańskiego – po odpowiednim przygotowaniu została franciszkańską tercjarką. Z czasem jej cotygodniowym, piątkowym ekstazom zaczęły towarzyszyć znaki męki Chrystusa – otrzymała stygmaty, które starała się ukrywać, by nie wzbudzać sensacji ani zbytniej ciekawości. Małgorzata Bays zmarła w 1879 r., została beatyfikowana przez Jana Pawła II w 1995 r., a kanonizowana przez papieża Franciszka w roku 2019. 

Weronika Antal

O Weronice Antal, zwanej rumuńską Kózkówną, nie wszyscy słyszeli. Urodziła się w 1935 r., na południowy wschód od  rodzinnej wsi „naszej” Karoliny Kózkówny.  Choć większość ówczesnych mieszkańców Rumuni i Mołdawii wyznawało prawosławie, to akurat rodzina Weroniki mieszkała na terenach parafii rzymskokatolickiej. Ochrzczono ją już w drugim dniu po urodzeniu, miała troje rodzeństwa. Była podobno bardzo towarzyską i radosną dziewczynką, o naturalnej, dziecięcej pobożności. Lubiła chodzić do kościoła i modlić się, szczególnie przed wizerunkami Matki Bożej. Chciała poświęcić życie Bogu. Nie udało jej się tych marzeń spełnić, przynajmniej nie w taki sposób, jak myślała. 

(Weronika Antal – Wikipedia)

Choć z różnych powodów nie mogła wstąpić do zakonu, to mogła żyć tak, jak osoby konsekrowane. Złożyła więc prywatne śluby czystości i ubóstwa i rozpoczęła życie według reguł III zakonu św. Franciszka. Starała się codziennie uczestniczyć we mszy świętej i raz na tydzień w adoracji Najświętszego Sakramentu, często też modliła się na różańcu.  Mijały lata. I choć Mołdawia znajdowała się w strefie wpływów komunistów i funkcjonowała jako jedna z republik ZSRR, to życie na wsi biegło spokojnie. 23 sierpnia 1958 r. Weronika jak co dzień uczestniczyła we mszy św., potem poszła odwiedzić swoją przyjaciółkę. Już wracała do domu, kiedy  natknęła się na  pijanego mężczyznę, mieszkańca sąsiedniej wsi. Wtedy widziano ją po raz ostatni…. Zgodnie z raportem policji, dziewczynę znaleziono martwą w polu kukurydzy, w ręce trzymała różaniec, a widoczne na jej ciele obrażenia wskazywały na próbę gwałtu. W chwili śmierci miała 23 lata. Została beatyfikowana 22 września 20218 roku.

Maria Małgorzata d’Youville

Maria Małgorzata d’Youville urodziła się 15 października 1701 r. w Varennes, w prowincji Quebec w Kanadzie. Była najstarsza spośród sześciorga rodzeństwa. Ojciec zmarł, kiedy skończyła 7 lat. Nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy Marii, gdyby nie pradziadek. Sfinansował wyjazd dziewczynki do szkoły urszulanek. Po powrocie Maria nie tylko pomagała mamie, ale też zajęła się edukacją rodzeństwa. Była młoda, wykształcona i bardzo ładna idealna kandydatka na żonę. I faktycznie, w wieku 21 lat wyszła za mąż. Wtedy mieszkała już w Montrealu, do którego przeprowadziła się z całą rodziną niedługo po kolejnym ślubie matki. Niestety, mąż Marii szybko okazał się nieodpowiedzialnym recydywistą. Niedługo po ślubie przestał interesować się żoną i dziećmi, coraz częściej znikał z domu, prowadził szemrane interesy. Ku rozpaczy Marii okazało się, że zajmował się nielegalnym handlem alkoholem. Niespodziewanie zmarł 8 lat po ślubie. Mimo rozgoryczenia śmierć męża była dla Marii ciężkim przeżyciem. Została całkiem sama… tak jej się przynajmniej wydawało. Musiała być silną kobietą. Zamiast płakać nad swoim losem, zaczęła się zastanawiać nad utrzymaniem dzieci. Jedynym możliwym rozwiązaniem wydało jej się otwarcie małego sklepiku. Nie było łatwo, ale znalazła w sobie chęci i siłę do pracy. Zaczęła też pomagać biednym i potrzebującym. Jej wiara była siłą i świadectwem dla rodziny – pomimo tych wszystkich ciężkich doświadczeń, a może właśnie w nich. Dwaj synowie zostali kapłanami.

(Maria Małgorzata d’Youville – wikipedia)

Pomoc ubogim stała się w pewnym momencie głównym celem życia Marii do tego stopnia, że w 1737 r. złożyła przysięgę Bogu i ofiarowała całą siebie do tej służby. Nie była osamotniona, wokół niej zgromadziło się kilka kobiet o takich samych pragnieniach. 2 lutego 1745 r. Maria Małgorzata i jej dwie towarzyszki odnowiły przysięgę. Taki był początek zgromadzenia sióstr miłosierdzia (szarych sióstr). Dwa lata później Marii Małgorzacie – „Matce ubogich” – zaproponowano objęcie kierownictwa szpitala braci Charon w Montrealu, któremu groziło zamknięcie. Wkrótce została jego dyrektorką, a z pomocą sióstr i świeckich współpracowników założyła fundację dla biednych i chorych. Kiedy wydawało się, że wszystko zmierza ku dobremu, w szpitalu wybuchł pożar, prawie nic nie udało się uratować. Był rok 1765. Maria Małgorzata, 64-letnia wówczas kobieta, zdecydowała się na odbudowę. Nie poddała się. Na zgliszczach szpitala otworzyła pierwszy w Ameryce dom dla porzuconych dzieci.  Maria Małgorzata d’Youville zmarła 23 grudnia 1771 r. Papież Jan XXIII beatyfikował ją w 1959 r., nazywając ją matką powszechnego miłosierdzia. W 1990 r. została uroczyście kanonizowana przez Jana Pawła II. Jest patronką trudnych małżeństw, więc nie brakuje modlitw zanoszonych za jej wstawiennictwem.  

Anna Schäffer

Nic nie zapowiadało, że zima 1901 roku okaże się przełomowa w życiu niespełna dwudziestoletniej Anny. Już od kilku lat podejmowała rożne prace zarobkowe, potrzebowała bowiem pieniędzy na spełnienie swojego największego marzenia. Tej zimy pracowała  w leśniczówce w Stammham, w pobliżu Ingolstadt. Pewnego lutowego dnia zauważyła, że rura kominowa jednego z budynków jest uszkodzona. Nie chciała nikogo niepokoić, stwierdziła, że przecież, sama potrafi naprawić usterkę. Wspięła się więc na palce, by jak najwyżej sięgnąć ręką… Wystarczyła chwila nieuwagi, Anna poślizgnęła się i obiema nogami wpadała do kotła z ługiem, w którym prano bieliznę. Mocno poparzona trafiła do szpitala. Mimo intensywnego leczenia, lekarzom nie udało się jednak usunąć skutków poparzeń. Anna spędziła w szpitalu ponad rok, do domu wróciła w maju 1902 roku, ale już nigdy nie odzyskała władzy w nogach.

(Anna Schäffer – wikipedia)

Anna Schäffer urodziła się 8 lutego 1882 roku w bawarskiej wiosce Mindelstetten. Jej ojciec był stolarzem, rodzina żyła w ubóstwie, ale Annie udało się skończyć szkołę. W wieku 12 lat przyjęła pierwszą Komunię, wtedy też , jeszcze jako dziecko, ofiarowała swoje życie Jezusowi. Chciała wstąpić do misyjnego zgromadzenia, ale do tego potrzebowała pieniędzy. Dlatego też zaczęła pracować, dlatego znalazła się w leśniczówce w Stammham. Teraz, kiedy skazana była na cudzą łaskę i niełaskę, na nowo musiała przemyśleć swoje życie. Powoli zaczęła akceptować to, co ją spotkało, i dostrzegać w swoim życiu Boże działanie. Jej pragnienia oddania wszystkiego Chrystusowi spełniało się teraz bardziej, niż mogła to sobie wymarzyć.  Codziennie przyjmowała Komunię św., a swoje cierpienia ofiarowywała za grzechy ludzi.

„I tak oto łoże boleści stało się dla niej klasztorną celą a cierpienie posługą misjonarską.  Początkowo skarżyła się na swój los, później jednak zrozumiała swoją sytuację jako pełne miłości wezwanie Ukrzyżowanego, by pójść za Nim”. – powie po latach papież Benedykt XVI.

Jesień 1910 roku miała okazać się szczególnym czasem dla chorej Anny. Oto zaczęła mieć szczególne doświadczenie obecności św. Franciszka, a potem samego Chrystusa, który zgodził się przyjąć jej ofiarę wynagradzającą. Miała wtedy niespełna 30 lat. Ale to nie wszystko. Nieliczni tylko wiedzieli, że Anna otrzymała dar stygmatów, ona sama coraz gorliwiej modliła się w intencjach wszystkich, przychodzących do niej po pocieszenie. A przychodziło wielu strapionych. Wspierała ich modlitwą i dobrym słowem, z wieloma prowadziła korespondencję, mimo swojego cierpienia była wsparciem i nadzieją dla tych, którzy nadzieję utracili. W 1923 roku jej stan zdrowia bardzo się pogorszył. Nogi objął całkowity paraliż pojawił się dotkliwy ból spowodowany usztywnieniem kręgosłupa oraz nowotworem jelit. Pięć tygodni przed śmiercią, Anna nieszczęśliwie spadła z łóżka. Na skutek poważnego urazu głowy, straciła zdolność płynnego mówienia. Zmarła 5 października 1925 roku, wtedy podobno zdołała wyszeptać: „Jezu, ja żyję w Tobie”.

Grób Anny bardzo szybko stał się celem pielgrzymek. W 1972 roku, odpowiadając na prośby wiernych, relikwie wtedy już Sługi Bożej Anny Schäffer, przeniesiono z cmentarza do kościoła parafialnego w Mindelstetten. Wtedy też rozpoczął się jej proces beatyfikacyjny. W grono błogosławionych została włączona w 1999 roku przez Jana Pawła II. Świętą Kościoła katolickiego ogłosił ją Benedykt XVI, trzynaście lat później.

(BL)

LISTY CZYTELNIKÓW

Przenośnia – znakiem ?

Wspomnijmy okoliczności pierwszego grzechu człowieka. Oto słowa Ewy do węża kusiciela: „Owoce z drzew tego ogrodu jeść możemy, tylko o owocach z drzewa, które jest w środku ogrodu, Bóg powiedział: Nie wolno wam jeść z niego, a nawet go dotykać, abyście nie pomarli”. Wtedy rzekł wąż do niewiasty: „ Na pewno nie umrzecie!” (Rdz 3,2-4). I wiemy co dalej: Ewa zerwała owoc z drzewa i dała swemu mężowi, a on zjadł. Cóż, przyznać trzeba, że niewiasta sprowadziła grzech na świat. Kontynuując rozważania o prorokowanym przyjściu Chrystusa w chwale, by rozliczyć grzechy ludzkości, nie sposób nie zauważyć, choć ze smętkiem, że i współcześnie niewiasta zrywa, na skalę świata, owoc z drzewa życia odbierając życie najmniejszym. Bo Szatan jej podpowiada, że to jej prawo. Wówczas skończył się raj, a teraz? Czy nie skończy się świat? (Leszek Kotlarski)

Na rozkaz Pana Boga wyrosły z gleby wszelkie drzewa miłe z wyglądu i smaczny owoc rodzące oraz drzewo życia w środku tego ogrodu i drzewo poznania dobra i zła (Rdz 2,9).

A przy tym Pan Bóg dał człowiekowi taki rozkaz: „Z wszelkiego drzewa tego ogrodu możesz spożywać według upodobania; ale z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść, bo gdy z niego spożyjesz, niechybnie umrzesz” (Rdz 2,16n)

(Rumunia, drewniana cerkiew w Desesti zbudowana w 1770 r – Wikipedia)


W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie. Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn, i ten, komu Syn zechce objawić. Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie” (Mt 11, 25-30).

Fascynujące jest, do jak głębokiego stopnia prozy naszego życia, wcielił się Chrystus. Nic nie jest mu oszczędzone z naszej rzeczywistości, nawet żal z powodu nikłych efektów swojej działalności. Nawet Jezusowi, który jest pełny mocy, uzdrawia, nie ma w jego świadectwie żadnego fałszu i podstępu trudno przebić się przez ludzką słabość.

Któż z nas, z miłości, nie doświadcza zniechęcenia pomimo najszczerszych intencji, niecierpliwości z braku dostrzegania efektów własnych starań? Wtedy pojawia się taka refleksja, żeby skoncentrować swoje apostolskie wysiłki tylko na tym co jest najskuteczniejsze, dające przewidywalne efekty. Chrystus daje inne świadectwo. On doświadcza naszej rzeczywistości ale przede wszystkim jest blisko swojego Ojca. Jest Zbawicielem z woli Ojca a nie swojej własnej. I to właśnie pozwala mu umierać za grzechy wszystkich ludzi.

Motyw Dobrej Nowiny, oparty na jej jak najprostszym i bezdyskusyjnym przyjęciu niesie także patronka dzisiejszego dnia – dominikańska tercjarka z XIV wieku – doktor Kościoła – Katarzyna ze Sieny. Była prostą kobietą, nie umiała pisać – dyktowała swoje listy skrybie. Podobnie dzieci którym objawiła się Matka Boża z La Salette – nie tylko nie umiały pisać ale i mówić po francusku – znały tylko dialekt, którym mówiło się w rodzinnej wiosce. Dzieci z Fatimy także były w bardzo młodym wieku 10, 9 i 7 lat i zajmowały się najprostszymi pracami. Co zatem jest sednem tego wezwania do prostoty przyjęcia Ewangelii?  Dlaczego właśnie dziecko jest takim najlepszym jej odbiorcą i wzorem do naśladowania? Jezus mówi wprost:

 Zaprawdę, powiadam wam: Kto nie przyjmie Królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego (Mk 10, 15).

Czego możemy zatem pozazdrościć dzieciom a co dla dorosłych przestaje być oczywiste? Matka i Ojciec są dla potomstwa całym światem, w nich upatrują swoje wszystkie tęsknoty, są ich przewodnikami, wierzą w każde ich słowo i gest, przyjmują bezkrytycznie wszystkie definicje, cieszą się ich radością, smucą się ich smutkiem, są gotowe na wszystko aby zdobyć ich akceptację, trzymają się ZAWSZE blisko nich. Czy trzeba więcej słów aby określić kim dla nas powinien być Bóg? Ta specjalna relacja, której możemy doświadczyć już w rodzinie to przedsionek Królestwa Bożego. To pozorne uzależnienie bytu dziecka od jego rodziców jest obrazem tego, jak powinno wyglądać nasze zakorzenienie w Chrystusie, codzienna łączność z Tym który daje życie.

(źródło Wikimedia)

Trudno jest nam dorosłym wierzyć we wszystko co nas spotyka, ponieważ zostaliśmy wiele razy zranieni, oszukani, źle potraktowani, zawiedzeni, zdradzeni, odrzuceni. Każdy z nas w pamięci przechowuje takie sytuacje, które na samo wspomnienie, bolą do dzisiaj. Tego złego i trudnego, co doświadczyliśmy od bliźnich na pewno nie możemy się spodziewać od Boga. Od Boga spodziewajmy się jedynie miłości, nie podstępu. Do Niego można przylgnąć jak dziecko do rodziców, bezgranicznie zaufać. Nie zdejmuje to z nas konieczności rozeznawania tego, co od Boga pochodzi a co nie. Co z tego, co mnie spotyka w ludziach przyjmuję, bo prowadzi mnie do zbawienia, a co odrzucam, bo jest temu celowi przeciwne. Szukać i znajdować Boga we wszystkich ludziach i sytuacjach to praktyczne budowanie Królestwa Bożego, które owocuje dobrymi wyborami. Tylko w ten sposób możemy dokonać przemiany naszego myślenia i zobaczyć, że Stwórca jest wszędzie obecny, a Jego słowa o triumfie Miłości nad grzechem i śmiercią są prawdziwe. (RL)

Słowo Boże na dzisiaj

Wydarzenia

Facebook

Z naszej diecezji