ul. Sienkiewicza 19 | 30-033 Kraków
tel.:12 631 97 70

ŚWIĘTY STANISŁAW

— Biskupie! — więc to Boży Sąd otwarty!? (Stanisław Wyspiański, Bolesław Śmiały)

— Świętymi nie stajemy się przez przypadek. (T.S. Eliot, Mord w katedrze)

Stoję przed witrażem przedstawiającym św. Stanisława ze Szczepanowa (1034-1079) (nawa północna), trzymającego w lewej ręce złoty pastorał, a prawą wykonującego gest błogosławieństwa. Na dłoniach ma czerwone rękawiczki, a na głowie biskupią mitrę. Nieruchoma, poważna twarz nie wyraża żadnych uczuć, a jego wzrok skierowany jest gdzieś w przestrzeń. Właściwie na tym mógłbym skończyć opis postaci św. Stanisława, gdyby nie to, co znajduje się na drugim planie, nad jego głową. Dwie pary aniołków prezentują i podtrzymują mały ołtarz, na którym znajduje się obraz biskupa W prawej ręce trzyma on pastorał, a lewą prawdopodobnie podtrzymuje zdjętą z głowy mitrę.  Nad jego głową znajduje się złoty okrąg-nimb, a za głową szabla (miecz? kord? tasak?). Nie jestem jednak pewien, czy miecz jest za głową – równie dobrze może zagłębiać się w czaszkę biskupa.

Jeśli rzeczywiście tak jest, to dominujące kolory obrazu (spokojny fiolet) i statyczny charakter całości w żaden sposób nie tworzą napięcia związanego z gwałtowną śmiercią św. Stanisława z rąk, albo na rozkaz, króla Bolesława Śmiałego w 1079 roku. Może jedynie czerwień aureoli i czerwienie peleryny świętego mogą sugerować jego tragiczny koniec. Jak już była o tym mowa w tym cyklu, często na obrazach czy witrażach postacie świętych identyfikowane są przez ich zwyczajowe atrybuty, a w wypadku męczenników za wiarę ich głównym atrybutem, poza gałązką palmową, jest miecz, bez względu na sposób, w jaki została zadana im śmierć.  Dlatego też nawet jeśli na obrazie witrażowym miecz wbija się w czaszkę świętego, scena ta nie szokuje, gdyż całkowicie pozbawiona jest jakiegokolwiek realizmu. Ikonograficznie przynosi skojarzenia z innymi męczennikami za wiarę, którzy zostali wyniesieni na ołtarze, i którzy bywali przedstawiani na obrazach czy witrażach z mieczem wbitym w głowę.  Na przykład na obrazie Giovanni Martino Spanzottiego zatytułowanym Św. Piotr Męczennik (znanym u nas jako św. Piotr z Werony) i biskup Ewazjusz (także święty) znajdującym się w National Gallery w Londynie, stojący obok biskupa Piotr z Werony, o smutnym lecz łagodnym wyrazie twarzy, ma wbity w głowę tasak, a z rany spływają mu po czole strużki krwi. To pierwszy w historii męczennik z zakonu dominikanów. Podobnych obrazów świętego jest wiele, choć nie wszystkie można oglądać publicznie. Chyba jednak najbardziej znanym wizerunkiem świętego-męczennika upamiętnionego z narzędziem zbrodni wbitym w głowę jest święty Tomasz Becket (1119-1170), znany jako św. Tomasz z Canterbury w Anglii. Witraż przedstawiający świętego w  kaplicy Ushaw College w Durham w Anglii wyraźnie ukazuje miecz umieszczony z tyłu głowy świętego lub, co bardziej prawdopodobne, przebijający ją. Z kolei na witrażu przedstawiającym św. Tomasza w kościele św. Piotra w Berkhamsted w Anglii miecz przechodzi przez czaszkę (i jednocześnie mitrę), oraz wychodzi złamany przez potylicę – jego ostrze zagięte jest w stosunku do klingi. Podobnie na witrażu w katedrze św. Albana w mieście St.Alban także w Anglii, miecz przechodzi przez mitrę i czaszkę św. Tomasza. Najbardziej jednak niezwykła jest srebrna statuetka św. Tomasza wykonana ok. 1666 roku w Liège w dzisiejszej Belgii, kryjąca w sobie relikwiarz, i przedstawiająca stojącego świętego z pastorałem w lewej ręce, a prawą ręką wykonującego niejednoznaczny gest (błogosławieństwo? wskazanie na niebo? gest wyjaśniający, a może stawiający pytanie?), natomiast w jego czaszce tkwi (złamany) miecz lub tasak.  Na żadnym z wymienionych dzieł sztuki św. Tomasz nie wydaje się zbyt przejętym wbitym w głowę mieczem. Wszystkie one idealizują postać świętego i jedynie identyfikują go, w żaden sposób nie oddając jego cierpienia i śmierci.

fot. Grzegorz Eliasiewicz i Rafał Ochęduszko, prawa autorskie Corpus Vitrearum Polska

Nie bez powodu myśląc o postaci św. Stanisława, patrona Polski, szczególnie czczonego w Krakowie, w którym mieszkał, pracował, zginął, i w którym jest pochowany, przychodzi mi na myśl postać św. Tomasza Becketa. Analogia losów tych dwóch świętych często jest przywoływana przez polskich historyków, próbujących wyjaśnić do końca zatarg św. Stanisława z królem Bolesławem Śmiałym i okoliczności jego śmierci. Niewiele o tym wiemy, gdyż jedyny znany nam opis wydarzeń zawarty w Kronice Galla Anonima (nie wspominając sto lat późniejszego opisu w Kronice Wincentego Kadłubka) jest nad wyraz ogólnikowy, a grzech, który św.  Stanisław miał popełnić, został określony przez Galla łacińskim słowem traditio (zdrada). Uważa się, że św. Stanisław zginął, gdyż nie tylko sprzeciwił się okrutnej polityce króla w stosunku do poddanych, ale także rzucił na niego klątwę, choć wcześniej cieszył się jego zaufaniem, był jego protegowanym i w jego imieniu załatwiał królewskie interesy dotyczące Kościoła w Polsce. Zginął poćwiartowany w czasie Mszy św. w kościele św. Michała Archanioła na Skałce, choć nie jest to do końca pewne, czy własnoręcznie zabił go sam król. Jak napisał Gall Anonim: „[…] nie powinien pomazaniec na pomazańcu jakiegokolwiek grzechu cieleśnie mścić. Ani więc biskupa-buntownika nie uniewinniamy, ani króla mszczącego się tak szpetnie nie zalecamy”. Śmierć biskupa spowodowała powszechne oburzenie i bunt możnowładców, co zmusiło króla do abdykacji i ucieczki  na Węgry w 1079 roku, gdzie prawdopodobnie dwa lata później zmarł w całkowitym opuszczeniu. Natomiast kult biskupa Stanisława jako ofiary despotyzmu króla rozprzestrzeniał się i w końcu, choć początkowo nie bez pewnych trudności, został on kanonizowany przez papieża Innocentego IV w Asyżu  w 1253 roku.

O Tomaszu Beckecie wiemy natomiast dużo więcej – był kanclerzem Anglii, osobistym przyjacielem króla Henryka II, wykonawcą jego życzeń, jego zausznikiem i powiernikiem. Jeden z jego biografów porównał rolę Becketa na dworze angielskim do roli biblijnego Józefa na dworze faraona. Gdy wzorem swojego poprzednika, króla Henryka I, Henryk II zapragnął zwiększyć swój wpływ na Kościół dzięki, między innymi, decyzji poddania duchownych świeckim trybunałom sprawiedliwości, Tomasz Becket wspierał króla w tych usiłowaniach. Gdy ten jednak wybrał go − pomimo protestów samego zainteresowanego jak i innych − na arcybiskupa Canterbury, czyli de facto na prymasa Anglii,  zmienił zdanie, zrzekł się funkcji kanclerza i zaczął zdecydowanie sprzeciwiać się decyzjom króla, stając w obronie praw kościelnych. Naraził się w ten sposób królowi i w przebraniu musiał udać się na sześcioletnie wygnanie do Francji. Aby uniknąć oskarżeń o prześladowanie duchowieństwa i całkowitego zerwania więzi ze Stolicą Apostolską (co zresztą nastąpiło prawie 400 lat później), Henryk II zgodził się, aby arcybiskup wrócił do Canterbury, mając nadzieję, że ten przyjmie bardziej ugodową postawę. Tak się jednak nie stało, aż w końcu rozwścieczony oporem Tomasza Becketa Henryk II miał krzyknąć „Kto wreszcie uwolni mnie od tego natrętnego klechy?” Czterech rycerzy króla, który przebywał wówczas w Normandii,  potraktowało ten emocjonalny wybuch dosłownie i natychmiast wyruszyło w drogę do Canterbury, gdzie w półmroku olbrzymiej, gotyckiej katedry zamordowało arcybiskupa, w ten sposób w swojej nieświadomości ofiarowując chrześcijańskiemu światu jednego z najbardziej popularnych świętych średniowiecza i tworząc najsłynniejszy w Anglii ośrodek pątniczy – to tam udają się pielgrzymi z Opowieści kanterberyjskich Geoffreya Chaucera, czternastowiecznego poety i dyplomaty angielskiego.  Na 80 lat przed św. Stanisławem Tomasz Becket został kanonizowany przez papieża Aleksandra III. W ramach pokuty król Henryk II miał udać się na wyprawę krzyżową, ale nigdy z tej obietnicy się nie wywiązał.  

W obu wypadkach – św. Stanisława i św. Tomasza − zderzenie świata ambicji i oczekiwań królewskich z wiernością nakazom ewangelicznym i kościelnym miało tragiczny finał, przynajmniej dla jednej ze stron. Wysnuć z tego można dwa wnioski, oba banalne, ale oba niesłychanie istotne także we współczesnym świecie. Mieszanie świata polityki ze światem Kościoła i vice versa niesie ze sobą groźbę uzależnienia swoich wyborów od wyborów drugiej strony, co może mieć nieobliczalne konsekwencje. Wniosek drugi to stara prawda, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ i w każdej chwili w tej nierównej relacji przyjaciel może stać się wrogiem, a wróg przyjacielem.

Natomiast historia św. Stanisława nie wyjaśnia, dlaczego to właśnie on znalazł się w oknie witrażowym północnej nawy kościoła św. Szczepana. Okno zaprojektował Jan Januszewski, a wykonane zostało w 1940 roku. Napis u dołu ołtarza też nie mówi wiele:

Oczywiście możemy założyć, że witraż był wyrazem dziękczynienia złożonym swojemu patronowi zapewne przez fundatora, jakim mógł być Stanisław Molicki. Będę jednak wdzięczny, jeśli ktoś z czytających ten tekst pomoże mi (nam wszystkim) znaleźć odpowiedź na poniższe pytania, na które ja sam w dostępnych mi źródłach odpowiedzi nie znalazłem.

1. Kim był fundator witraża i z jakiej okazji ufundował witraż?

2. Kim byli Stanisław i Maria Moliccy wymienieni w inskrypcji-dedykacji?

3. Czy istnieje jakiś związek między postacią św. Stanisława, a osobami wspomnianymi w dedykacji, poza raczej oczywistą, wspomnianą powyżej  relacją między Stanisławem Molickim, a św. Stanisławem?

Bardzo proszę o przesyłanie wszelkich sugestii i uwag na adres biuletyn@swszczepan.org. Po ewentualnym zweryfikowaniu znajdą się one w internetowej wersji tekstu na temat witraża poświęconego postaci św. Stanisława wraz z podaniem źródła przekazanej informacji.

Piotr Pieńkowski

Słowo Boże na dzisiaj

Wydarzenia

Facebook

Z naszej diecezji